Od Bałtyku po Adriatyk - XVII MMA Piran 2014

Witajcie! Do tej pory poza granice naszego kraju jechałem z kimś znajomym, po drodze nie spotykając ludzi równie zakręconych na punkcie autostopu co ja. W tym roku postanowiłem spróbować czegoś zupełnie nowego, a mianowicie wziąć udział w mistrzostwach autostopowych! Mistrzostwa, czyli kilkuset autostopowiczów ścigających się z punktu A do punktu B. Okazja do poznania niezliczonej liczby osób i przeżycia wspaniałej przygody! W majówkę z różnych miast Polski ścigano się do przeróżnych miejsc w Europie. A to Holandia, a to Chorwacja czy  Hiszpania. Ja, nie zastanawiając się zbyto, wybrałem wyścig od morza do morza, czyli XVII Międzynarodowe Mistrzostwa Autostopowe Piran 2014 ze startem w Sopocie!

Teraz kilka słów o wyścigu. Zapisy trwały niecały miesiąc i ruszyły 1 kwietnia. Przez ten czas do zawodów zgłosiło się 200 zespołów 2-osobowych. Opłata startowa przez pierwsze 2 tygodnie wynosiła 50 zł od zespołu, później wzrosła do 70 zł. Ja z moim kompanem  zapisaliśmy się na ostatnią chwilę, jako jedni z ostatnich :) W pakiecie startowym uczestnicy znaleźli kamizelkę i opaskę odblaskową, numer startowy, zestaw map, pocztówkę i parę innych gadżetów. Każdy uczestnik zobowiązany był posiadać ubezpieczenie na czas trwania mistrzostw (1-4 maja), ja wykupiłem je w dniu startu na kilka dni dłużej, płacąc jedynie 5 zł za dzień. Teraz coś o moim kompanie w podróży, którym był Tomasz (pozdrówki), kumpel z którym znam się już wiele lat i u którego zaszczepiłem autostopowego bakcyla. Kilka tygodni przed majówką zabrałem go w jednodniową podróż autostopem po Polsce, aby sprawdził z czym to się je i czy jest gotów na zagraniczną eskapadę. Spodobało mu się!

Przejdźmy zatem do wyścigu. Tak jak wspomniałem start zawodów zaplanowano na 1 maja w Sopocie. Co to oznacza dla mnie mieszkającego bliżej gór niż morza? 800 km autostopem tylko po to, aby stanąć ze wszystkimi na starcie. Moja majówkowa eskapada zaczyna się ostatniego dnia kwietnia. Z Piotrkowa Trybunalskiego kieruję się rzecz jasna na północ. Pierwszego stopa zatrzymuję o 11 i w samo południe spotykam się z moim kompanem przy wylotówce z Łodzi. Pogoda jak najbardziej dopisuje, więc łapanie stopa przeradza się w pierwsze w roku opalanie. Bez żadnego ciśnienia łapiemy kolejne auta i przy zachodzącym słońcu lądujemy w Gdyni pod całodobowym Tesco. Szybkie zakupy i udajemy się do szkoły, z terenu której następnego dnia startują mistrzostwa. Skoro jest to wyścig od morza do morza to fajnie byłoby zobaczyć Bałtyk. Kilka godzin snu i z samego rana idziemy poczuć morską bryzę :) Przed wyprawą wpadłem na pomysł zrobienia vlepek z adresem mojej strony. Naklejki miałem zamiar rozdawać kierowcom, innym autostopowiczom, a także naklejać w miejscach które odwiedziłem.

zdjęcia w większej rozdzielczości dostępne na CzekającNaStopa

Bałtyk i debiut vlepek :)

Bałtyk widziany z sopockiej plaży

Start mistrzostw zaplanowano na godzinę 11. Z lekkim opóźnieniem ponad 300 osób ruszyło na południe Europy. Warto wspomnieć, że większość uczestników to kobiety. Zespoły kobieta+kobieta oraz kobieta+mężczyzna górowały nad dwoma facetami. Takich zespołów było jedynie kilka. My, żeby się wyróżniać i wzbudzać większe zaufanie wśród kierowców (obaj prawie łysi), zakupiliśmy jednakowe pomarańczowe koszulki wydane z okazji zawodów oraz słomiane kapelusze :) 

3.2.1.START

Podczas takich mistrzostw najtrudniejsze jest złapanie pierwszych stopów. Kiedy w bliskiej odległości stoi kilka, a bywało i kilkanaście par, to Twoje szanse maleją. My na początek postanowiliśmy jechać SKM do stacji Gdańsk Orunia. Stamtąd dość szybko udaje się nam złapać stopa za Pruszcz Gdański. Przed nami dotarło już tu sporo par, niestety dość mało rozgarniętych bądź dopiero zaczynających przygody z autostopem. Łapanie stopa na autostradzie kończy się dla nich mandatem. Po tym incydencie ponoć niektórzy rezygnują i wracają do domu.

Autostopowicze cofnięci przez policję

Pole w kwiatach rzepaku

Przenieśmy się w godziny wieczorne, tuż za miasto Łódź. Tam udaje nam się złapać ciekawego stopa. Jedziemy samochodem dostawczym do Tych, zanim jednak tam docieramy odwiedzamy kilka sklepów mięsnych i pomagamy zaopatrzyć je w świeże kiełbasy. Tak się składa, że również w moim mieście i na dodatek przejeżdżamy przy moim bloku :) Nocka pracowita, godzina snu w aucie musi wystarczyć. Po 20 godzinach od startu w Sopocie, po przejechaniu całej Polski, wjeżdżamy na terytorium Czech. W tym momencie mamy prawie połowę drogi nad Adriatyk za sobą. Wysiadamy przed miastem Bogumin. Ponad 11 km - tyle przyszło nam iść, aby dostać się  na stację benzynową ulokowaną przy autostradzie. Po drodze mijamy Odrę, bunkry, a nad nami przygrzewa dość mocno słońce. Jest dobrze.

Witajcie w Boguminie

Kolejny stop jest z kierownikiem biura turystycznego w Łodzi. W miłej atmosferze dojeżdżamy niedaleko granicy z Austrią. Tam podchodzą do nas 4 niewiasty, chcące zrobić sobie z nami zdjęcie. Nasz ubiór zwraca uwagę! O to chodziło! Gdyby zliczyć liczbę aut, od momentu startu, i kobiet w nich puszczających nam oczko, pozdrawiających czy uśmiechających się na nasz widok, to liczba byłaby 3-cyfrowa i z przodu nie byłaby to jedynka :) Im bliżej granicy tym bardziej pogoda zaczyna się psuć. Po wjechaniu do Austrii całkowicie się załamuje. Wysiadamy na stacji tuż przed Wiedniem, bez jakichkolwiek szans na łapanie stopa. Ciemno, wieje, pada deszcz, błyska się, mały ruch, na dodatek stacja benzynowa po drugiej stronie autostrady, a żeby jeszcze było mało, sprzedawca na niej to... (tu proszę wstawić wszystkie najgorsze epitety jakie znacie). Raz na jakiś czas przyjeżdżało auto mogące nas zabrać, ale do... Polski. Nic z tego! W środku nocy, kiedy już wiemy że nie ma szans na złapanie czegokolwiek i po poprawieniu się trochę pogody, idziemy rozbić namiot. Namiot pożyczony dzień przed wyprawą okazał się... namiotem niekompletnym! Nie pozostało nam nic innego jak porzucić go i przeczekać do rana. Była to najgorsza noc podczas wyprawy. Brakowało nam snu, nie było gdzie spać, na dworze zimno, ale jak to sobie mówiliśmy "wszystko jest po coś", "nic nie dzieje się bez przyczyny" i "najważniejsza jest przygoda". Ta noc nas zahartowała, wiedzieliśmy już, że się nie poddamy! W południe byliśmy już na kolejnej stacji tym razem tuż za Wiedniem. Jak się okazało nie byliśmy jedynymi autostopowiczami, niektórzy tkwili już tu od dnia poprzedniego. Każdy klnął na Austrię, na Austriaków i na wszystko co się zaczynało na literę A! Po kilku godzinach łapania (czyt. staniu na stacji z powodu ciągłego deszczu) my, jak i jeszcze jedna para postanawiamy w końcu się wyspać i przeczekać jeszcze jedną noc na poprawę pogody. Podczas szukania miejsca na rozbicie namiotu, zagaduje nas Polak i po chwili naszym domem na najbliższą noc zostaje naczepa tira. Nocleg pod dachem, możliwość wzięcia kąpieli, nic tylko się integrować. Skończyło się na kilku piwach, winie i 10 autostopowiczach śpiących na naczepie :)

Nasz dom na jedną noc

Nie zależało nam żeby dotrzeć do celu jak najszybciej, wyspaliśmy się i w południe, przy ładnej pogodzie, zaczynamy łapać stopa. Po kilku minutach jedziemy już z Brazylijczykiem prowadzącym szkołę Capoeiry w Grazie. Kolejny stop z Czechami i wyjeżdżamy w końcu z Austrii! Z Austrii w której byliśmy 40 h i w której nie zatrzymał się żaden Austriak! Pierwszy postój mamy w miejscowości Lenart v Slovenskih goricah, skąd zabiera nas Słoweński polityk.

Kościół św. Leonarda

Dość szybko łapiemy kolejne dwa stopy, które są z płcią piękną i takim sposobem jesteśmy w stolicy Słowenii - Lublanie. Słońce powoli zachodziło, my bezskutecznie próbowaliśmy złapać stopa w kierunku wybrzeża. Nie dziwimy się, na stacji której staliśmy było kilkanaście radiowozów policji, przeszukiwali auta, może szukali kogoś albo czegoś, nie wiemy. Po dłuższym czasie pracownik stacji pokazuje nam miejsce do spania, sprawdzone już przez niejednego autostopowicza. Dach nad głową, cisza, kamery nieopodal, nic tylko iść spać! Bagaże zostawiamy na zapleczu stacji i po kilku godzinach budzimy się gotowi do zdobycia Piranu!

Lublana. z lewej Kościół Nawiedzenia, w tle Alpy Julijskie

Jeden z naszych kolejnych kierowców opowiada nam, jak to do tej pory był w ponad 100 krajach, pokazując przy okazji zdjęcia z ostatniej wyprawy na Antarktydę! Szacunek. Po godzinie 10 dojeżdżamy z nim do miasta Koper i tam mamy pierwszą podczas wyprawy styczność z Adriatykiem.

Koper

Ostatnia prosta

Niecałą godzinę później jesteśmy już w miejscowości Lucija, gdzie mieścił się nasz kemping. Takim sposobem po równych 4 dniach jesteśmy na mecie zawodów, które oficjalnie zakończyły się dzień wcześniej :) Po przyjeździe dowiadujemy się, że niektóre pary już musiały jechać, a te które zostały zgotowały nam przywitanie, które nie zapomnę do końca życia. Kilkadziesiąt osób bijących brama, częstujących zimnym piwkiem i podziwiających nas, że nie poddaliśmy się i dotarliśmy jako ostatni! Po godzinie okazało się, że przyjechała po nas jeszcze jedna para, ta z którą nocowaliśmy we Wiedniu na naczepie tira i którą motywowaliśmy, żeby nie poddali się! Na metę z różnych powodów nie dotarło prawie połowę drużyn. My, nie tracąc czasu, zaczęliśmy integrację z tymi, którzy postanowili jeszcze zostać. Wieczorem w kilkanaście osób idziemy na zwiedzanie Piranu, wracając na kemping nad ranem.

Marina, w tle miasto Portoroż

Piran. z lewej ratusz

Kolejny dzień, tak jak i poprzedni, to pogoda iście wakacyjna. Tym razem postawiliśmy na zwiedzanie Piranu za dnia. Na kemping wracamy dopiero wieczorem, bierzemy ze sobą śpiwory i idziemy w kilka osób nad Adriatyk. Na rozmowach i przy konsumpcji różnego rodzaju trunków mijają kolejne godziny.

Adriatyk widziany z miasta Portoroż

Portoroż

Chorwacja na horyzoncie

Schody do... kościoła św. Bernardyna


Zbliżamy się do Piranu

Piran

Panorama Piranu

Marina i średniowieczne mury

Kościół św. Jerzego

rynek Tartiniego

Uliczki "włoskie"

Piran widziany ze średniowiecznych murów

Zbliżenie na kościół św. Jerzego..

..i jego wnętrze

Dzwonnica licząca niewiele ponad 47 metrów..

..i zbliżenie na nią

Latarnia morska oraz kościół św. Klemensa

Adriatyk, na dalszym planie Włochy

Meduza

Wszystkie dachówki jednakowego koloru

Średniowieczne mury

Marina..


..i jacht wpływający do niej



Z rana idziemy jeszcze nad morze, a następnie znaleźć dogodne miejsce do łapania stopa na północ. Po drodze natrafiamy na 550 metrowy tunel nieczynnej już kolejki wąskotorowej, prowadzącej z Triestu do miasta Poreć.

Adriatyk widziany z naszego kempingu

Lucija

Parenzana - kolejka wąskotorowa

Dość szybko łapiemy  pierwszego stopa w kierunku domu, a raczej stop łapie nas. Zagaduje nas pewna kobieta i po chwili siedzimy już w samochodzie do Lublany. Wysiadamy na stacji, na której spaliśmy kilka dni wcześniej, tylko po przeciwległej stronie autostrady. Na stacji stoi kilkanaście polskich tirów, każdy rusza w kierunku Polski, lecz dopiero następnego dnia z rana. Nam nigdzie się nie śpieszy, dlatego znajdujemy pustego dostawczaka, w którym możemy się parę godzin przespać i z rana jedziemy różnymi tirami (pierwszy raz podczas wyprawy się rozdzielamy) na granicę Słowacko-Węgierską. Dlaczego nie dalej? Na Słowacji tego dnia było święto, dlatego wszystkie tiry musiały stać na granicy, aż do wieczora. Co prawda ja jechałem chłodnią i mogłem jechać aż pod granicę z Polską, jednak nie zostawiłem kumpla samego i razem cały dzień opalamy się na granicy. Wieczorem bez problemu znajdujemy tiry jadące w kierunku domu i o 7 melduje się w domu.

Jednakowe koszulki i kapelusze zdały egzamin

Podsumowując. Wyprawa trwała pełne 9 dni, byłem w tym czasie na terytorium 6 państw, przejechałem 3 tys.km autostopem, zobaczyłem 2 morza, poznałem wielu niezwykłych ludzi i przeżyłem niezapomnianą przygodę! Na koniec chciałem pozdrowić wszystkie osoby spotkane podczas wyprawy oraz zachęcić do brania udziału w takich imprezach! Do zobaczenia za rok!